piątek, 18 stycznia 2013

Rozdział 9.

-Wyjeżdżam.-Rzucił po długim milczeniu.
Zaniemówiłam. Nie mogłam nic powiedzieć przez tę okropną gule w moim gardle, która właśnie się pojawiła. Jego wzrok odwrócony był w drugą stronę.
W jego oczach widziałam łzy, które usilnie próbował powstrzymać.
Zawsze stosował się do zasady ,, Chłopaki nie płaczą".
A przecież to totalna bzdura.
Każdy musi się czasem wypłakać.
Nie można dusić w sobie emocji bo prędzej czy później one i tak z nas wypłyną ale ze zdwojoną siłą.
-Zostawiasz mnie?-Zapytałam łamiącym się głosem.
 Kolejna osoba. Straciłam kolejną ważną dla mnie osobę.
-Nie mów tak..-Szepnął.-Wiesz, że wcale tego nie chcę.
-To dlaczego to robisz?
-Starzy. To ich wina. Ojciec znalazł nową pracę i musimy wyjechać.
-Dokąd i kiedy?-Zapytałam cicho.
-Za tydzień. Do Londynu.
-Za tydzień? Dlaczego ty mi nie powiedziałeś wcześniej?!
-Sam dopiero co się dowiedziałem.
-A więc.. Londyn? To masa czasu od naszego Birmingham.Szczęścia w życiu.Na prawdę.-powiedziałam przez łzy, które poleciały po moich policzkach i wybiegłam z auta.
Wiem, że moje zachowanie było idiotyczne ale czasu nie cofnę.
Wleciałam do domu i pobiegłam prosto do mojego pokoju.
Rzuciłam się na łóżko i zaczęłam szlochać.
Po paru sekundach do mojego pokoju wszedł Jasper.
Położył się koło mnie i zamknął w żelaznym uścisku.
-Nie płacz.. Nie chce wyjeżdżać z myślą, że cierpisz.
Spojrzałam na niego. Płakał. On. Ten twardy Jasper, którego wszyscy znają.
-Wiem, że będzie ciężko.Ale ja wrócę. Obiecuje ci to.
-Nie wrócisz. Już nigdy cię nie zobaczę.-Histeryzowałam.
-Obiecałem. Zaufaj mi dobrze? Przyjadę do ciebie kiedy skończę osiemnastkę. Jeszcze tego samego dnia.
-Wątpie.-mruknęłam pod nosem.
-Ufasz mi?
-No tak..
-No właśnie.
Leżeliśmy tak bardzo długo.
Z moich oczy nie przestawały kapać łzy.
-Błagam nie płacz już..-Stękał co chwile Jasper który był smutny. -Masz jeszcze resztę chłopaków. Pamiętasz?
-Ale to ty jesteś moim przyjacielem. Jedynym.
-Oni też nimi będą. Zobaczysz.Może wyjdziemy gdzieś z nimi jutro co?
-Jasne, jeśli będą chcieli.
.........

-Puszczaj mnie potworze!!-Usłyszałam przerażony głos z samego rana.
Szybko zbiegłam na dół. Na ziemi tarzali się chłopcy tz. Niall, Liam, Louis, Harry i Jasper a obok nich stał wystraszony Malik. DLaczego wystraszony? Otóż dlatego, że mój kochany pies szarpał nogawkę jego spodni.
Szybko podbiegłam do nich i odsunęłam od niego Bruna.
-Jejku przepraszam. On musi wyjść i dlatego tak się zachował.-zaczęłam się tłumaczyć.
-Jesteś moją wybawicielką!-Podbiegł do mnie i zaczął tulić. -Bo oni..-Wskazał na resztę ekipy.-tylko się śmiali!
-Właśnie widzę! Dlaczego mu nie pomogliście?-Zapytałam z wyrzutem.
-Jak widziałabyś jak prawie sika w majtki ze strachu też byś mu nie pomogła.-Zachichotał Hazz.
-Dobra poczekajcie tutaj, ja się ubiorę i z nim wyjdę.
-Zostawisz mnie z nim?!-Wykrzyknął Mulat.
-Wezmę go ze sobą. Nie martw się.-Obdarzyłam go wielkim uśmiechem. Jak to możliwe, że taki wielki chłopak boi się pieska? ;D
Po paru minutach gotowa byłam do wyjścia.


Zapiełam smycz i wyszliśmy.
Starałam się nie myśleć o wyjeździe najlepszego przyjaciela.
Obiecał, że wróci a on zawsze dotrzymuje obietnic.
Przez cały czas Zayn trzymał się na uboczu. Jak najdalej od "tego strasznego stworzenia"jak go określił.
Niall marudził, że jest głodny, Liam esemesował z Danielle, Louis i ja śmialiśmy się z byle głupot, a Jasper i Hazza o czymś dyskutowali.
Po dość długim spacerze wstąpiliśmy do budki z lodami i poszliśmy na ławkę do parku.
 -Zayn. Możesz usiąść obok mnie?-Zapytałam.
-Nie ma mowy !!
-No proszę. On ci nic nie zrobi -wskazałam na psa.
-No dobra.. Ale bądź w pogotowiu ok?
-Oczywiście.
Chłopak ostrożnie zajął miejsce obok mnie.
Na początku cały czas zerkał w stronę Bruna ale potem już się rozluźnił i nie zwracał na niego uwagi.
Wtedy delikatnie wzięłam jego dłoń i położyłam na  miękkim futerku.
-Conniee! Co ty wyprawiasz?-jęknął ale nie cofnął dłoni.
-Nie bój się... On nie jest taki straszny.-szepnęłam.
Oswajanie Malika z moim futrzakiem trochę zajęło ale liczy się fakt, że już się go tak nie boi.

Wieczorem.

Do domu odwiózł mnie Niall.
Co jak pewnie się domyślacie niezmiernie mnie ucieszyło.
Całą drogę rozmawialiśmy o różnych głupotach.
Aż w końcu powiedział coś co lekko mnie zdziwiło.
Powiedział, żebym się nie martwiła wyjazdem Jaspera bo oni się mną zajmą.
Nie miałam pojęcia, że już im powiedział.
Chwile milczałam aż w końcu mu podziękowałam.
Kiedy już byliśmy przed domem wyszedł razem ze mną i odprowadził pod same drzwi.
-Słuchaj tak sobie myślałem..-zaczął.-Wyjdziemy gdzieś jutro?
-Jasne. Przecież już się umawialiśmy jakieś pół godziny temu- powiedziałam a uśmiech nie schodził mi z twrazy.
-Ale tylko my no wiesz....-zaczął się plątać.-bez chłopaków.
-Randka?
-No tak..
-Dobrze. To do jutra.-rzuciłam z jeszcze większym bananem na twarzy.
Pożegnałam się i weszłam do domu.


sobota, 12 stycznia 2013

Rozdział 8.

Minął równo miesiąc od pogrzebu.
Przetrwałam tylko dzięki osobom, które były i wspierały mnie przez ten czas.
Julia wyszła ze szpitala, przyjechała do nas babcia, a Jasper prawie wcale nie opuszczał mojego domu.
Z resztą chłopaków poznałam się bliżej tylko jakoś z Zayn'em się nie dogadywałam.
Niall zajmował się Austinem, Louis próbował mnie rozśmieszać a Harry i Liam po prostu byli i mogłam na nich liczyć w każdej sprawie.
Zayn też czasem przyjeżdżał ale nie tak często jak pozostali i wcale go za to nie winiłam.
 Ma swoje życie.
Nie byłam pewna co do tego czy mogę nazwać ich przyjaciółmi ale na pewno bardzo dobrymi kolegami.
Zmarnowali pół wakacji przeze mnie.
Dzisiaj rozprawa.
Ciocia Julia postanowiła nas zaadoptować.
Dobrze wiem, że nie była  gotowa na taką wielką zmianę w swoim życiu i tym bardziej jestem jej wdzięczna.
Wchodząc do sali rozpraw byłam przerażona.
A co jeśli sędzia zdecyduje oddać Austina do domu dziecka?
Mimo zapewnień bliskich nie mogłam opanować łomoczącego serca i drżących rąk.
Na szczęście po godzinnej rozprawie mogłam wreszcie odetchnąć.
Wybiegłam z sądu wdychając głęboko świeże powietrze i uściskałam z całych sił Jaspera, który na mnie czekał.
-Udało się! -Krzyknęłam.
W odpowiedzi tylko mocniej mnie przytulił.
-No widzisz? Mówiłem ci. Idziemy na spacer.
Poinformowałam moją nową zastępczą mamę o tym, że wychodzę a następnie ruszyłam z przyjacielem w stronę miasta.
Mimo, że Jasper przez cały czas próbował się uśmiechać widziałam, że cos go gryzie.
-Wszystko w porządku?
-Tak. -odpowiedział krótko.
-Przecież widzę. No powiedz mi.
-Wszystko gra.
-Znam cię na tyle długo, że wiem kiedy jesteś smutny. Więc nie wykręcaj się tylko mów.
-Bo widzisz..
Kiedy już zaczynał mówić podbiegli do nas chłopcy.
-I?-Zapytał wyczekująco Niall.
Uśmiechnęłam się co było wystarczającą odpowiedzią.
Wszyscy po kolei mnie wyściskali gratulując.
Nawet Zayn.
Tylko, że ty nie było powodu do gratulowania.
Przegrałam całe swoje życie.
 A czarna mgła która nad nim spoczywała jeszcze nie odleciała.
Czułam to. I wiecie co? Wcale się nie pomyliłam.
 Spojrzałam na Jas'a. Był uśmiechniety chociaż w oczach widziałam smutek.
-Co będziemy dziś robić?-Zapytał mulat.
 ..............

Jesteśmy w jakimś lesie.
Louis wymyślił, że będziemy grać w podchody.
Podzieliliśmy się na 3 drużyny. W jednej z nich był Jasper i Liam, w drugiej Zayn i Louis a mi przypadło być
z Harrym i Niallem.
Jako, że nas była trójka mieliśmy zacząć.
Porozstawialiśmy różne "znaki", którymi były strzałki z patyków i szyszek.
2 pozostałe drużyny miały rozstawić się w różnych miejscach a potem zacząć poszukiwania.
Kiedy już dotarliśmy na polanę, na której nie było żadnych drzew postanowiliśmy zrobić sobie odpoczynek.

Rozłożyłam marynarkę na ziemi i położyłam się na niej.
Wkoło było naprawdę pięknie. Pełno zieleni, świergot ptaków.. a u góry piękne i pozbawione chmur niebo.
Odruchowo pomyślałam o rodzicach i Sophie.  
Ciekawe kto będzie kolejny.
-Nad czym tak rozmyślasz?-przerwał ciszę Harry, który położył się obok mnie.
Po drugiej stronie siedział Niall.
-O wszystkim.-Zamknęłam oczy i wsłuchiwałam się w leśne odgłosy.
Po moim nosie przejechało coś puchatego i kichnęłam. Otworzyła oczy ale od razu je zamknęłam bo poraziło mnie słońce.
Niall zachichotał.
Zrobiłam daszek z rąk i ponowiłam próbę.
Nade mną  siedział Styles i Horan. Dmuchnęli mi w twarz masą dmuchawców.
 Wszystkie pyłki poleciały na mnie i zaczęłam kichać.
-Co wy robicie? Jestem na to cholerstwo uczulona!-Pisnełam i znów kichnęłam.
-Naprawdę?-Zapytał Niall.
-Tak.
Złapał pozostałości, które leżały obok nas i znów dmuchnął mi nimi w twarz.
Wstałam i zaczęłam go gonić.
-HORAN!!-Wydarłam się.
-Daj mi żyć!-Udawał, że płaczę.
-Nie.!-powiedziałam brutalnie-Musisz mi za to zapłacić.
-To najpierw mnie złap. Założę się, że nie dasz rady!-odwrócił się i wytknął mi język.
Potknął się o własne stopy i wywalił się na ziemię.
Harry pokładał się ze śmiechu i ja podbiegłam do niego usiadłam mu na nogach.
-I kto tu jest teraz panem?!-Krzyczałam przez śmiech.
-To było specjalnie.
-Co?
-No ten upadek.
-Jeszcze kłamiesz? Czeka cię surowa kara. -Zachichotałam.
-Harry!! RATUJ!!!-wydarł się.
-Nic już ci nie pomoże. -zaśmiałam się złowrogo.
-Już idę po ciebie przyjacielu!
Lokers podbiegł do nas, złapał mnie w pasie i odciągnął od chłopaka.
Przerzucił mnie przez ramię i biegał jak szalony w kółko.
-Puszczaj!
-Nie. -wydyszał zmęczony i po chwili mnie puścił. -Ależ ty jesteś ciężka!-Zażartował za co dostał ode mnie w żebra.
-AU!
-Znaleźliśmy was!-Wykrzyknął Zayn wbiegając na polane.
-Teraz nagroda! -Cieszył się Louis
Po chwili dołączyła do nas reszta i wróciliśmy do miasta.
-Powinniśmy porozmawiać.-powiedział Jasper przed moim domem.
-Teraz?
-Tak. To bardzo ważne.

......
Beznadzieja.
Głównie dlatego, że pisałam go przed chwilą.
Dziś sobota więc coś dodac powinnam.
Ale ostatnio brakuje mi weny ;)

niedziela, 6 stycznia 2013

Rozdział 7.

-Bardzo mi przykro. Pani mama nie żyje.-Powiedziała wypranym z uczuć głosem lekarka.
-Słucham?-wydusiłam przez zaciśnięte gardło.
-Operacja się nie udała. Przykro mi.-Powtórzyła nawet nie siląc się na współczujący wyraz twarzy.
Przez pierwsze pięć minut nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa.
Po prostu stałam w miejscu dopóki nie podszedł do mnie Jasper i mnie przytulił.
-I co?
-Nie żyje.
Chłopak ze świstem wypuścił powietrze.
Doskonale wiedział jak się czuje.
Całe, życie straciło sens.
Wszystkie osoby na których mi zależało odeszli.
Wyswobodziłam się z objęć przyjaciela i usiadłam na krześle.
Z sali operacyjnej wyjechało dwóch mężczyzn.
Ciągnęli za sobą łóżko z ciałem przykrytym białym prześcieradłem.
Ciałem mojej mamy.
Podbiegłam do niego i odkryłam matę.
Nie mam pojęcia po co. Chyba nie wierzyłam, że ona nie żyje.
Zaczęłam cicho szlochać.
 Potem coraz głośniej.
Przyłożyłam rękę do jeszcze nie całkiem zimnego policzka.
-Proszę odejść. -Powiedział szorstkim głosem jeden z facetów.
Nie słuchałam go. Łzy zaczęły skapywać po jej twarzy.
-Nie słyszała pani? Proszę się odsunąć.
-Connie..-szepnął Jasper. łapiąc mnie za rękę.
-Puszczaj!
-Co tu się dzieje?!-Wykrzyczała zachrypniętym głosem Julia.
Koło niej stał Austin niczego nie rozumiejąc.
-Mamusia.-pisnął szczęśliwy, że ją widzi.
-Proszę zrobić miejsce!-Krzyknęła pielęgniarka.
Jasper złapał mnie za rękę i odsunął a  Julia osunęła się po ścianie szlochając.
Austin zaczął wołać mamę by nie odjeżdżała a kiedy nic to nie dało złożył usta w podkówkę i usiadł na ziemię.
-Mamusiu! Chodź do mnie. -wołał przerażony.
Nie mogłam się ruszyć. Jakbym wrosła w podłogę.
Niall podbiegł do niego, wziął go na ręce i wtulił jego główkę w swój tors.
Pewnie nawet nie zdaje sobie sprawy z tego jak bardzo byłam mu wtedy wdzięczna.
-Dlaczego pojechała? Już mnie nie kocha?-chlipał cichutko o Horan kołysał  go w swoich ramionach zapewniając, że mama kocha go najbardziej na świecie.
Julia próbowała wstać z ziemi by wziąć małego na ręce ale kiedy próbowała to zrobić ponownie upadła na ziemię.
Tym razem zemdlała.
 Harry ocknął się szoku w którym był od dłuższego czasu i pobiegł po jakiegoś lekarza.
 Przyszedł dość szybko i zabrał ze sobą innych, którzy pomogli mu włożyć ciocię na nosze.
Zabrali ją do jakiejś sali a my poszliśmy za nimi.
Niestety na razie kręcili się koło niej różni ludzie więc nie mogliśmy do niej wejść.
-Daj. Wezmę go.-Szepnęłam do blondyna, który trzymał mojego brata na kolanach.
-Nie odpocznij trochę. On teraz śpi.-Pogłaskał mnie wolną ręką po włosach.-Usiądź.
Zrobiłam o co mnie prosił.
Poklepał wolne ramię bym się oparła.
Zrobiłam to.
-Dziękuje.
-Za co?-Zdziwił się.
-Że się nim zajmujesz.
-Żaden problem. Twój braciszek to słodziak.
-Jedyny jaki mi pozostał.
-Oj Connie.. Masz jeszcze nas. Nie widzisz jaki ze mnie słodziak? -próbował mnie rozśmieszyć.
-Widzę widzę.
-Myślę, że powinnaś jechać do domu. Szpital to nie najlepsze miejsce dla dziecka.
-Nie mogę.
-Conniee- przeciągał sylaby.
-Nie Niall. Nie ma mowy. Julia to moja ciocia.
-Myślę, że chciałaby byś jechała do domu.
-A ja jestem innego zdania.
-To może ja wezmę małego i pojadę z nim do domu co?
-To chyba nie najlepszy pomysł.
-Dlaczego? Mam młodszą siostrę, wiem jak obchodzić się z dziećmi.
-Tylko, że ...hmm widzisz ja nie znam was za dobrze.
-Boisz się, że coś mu zrobię?-Zapytał urażony.
-Niall to nie tak.
-Dobrze nie będę cię do niczego namawiał.-Posłał mi ciepły uśmiech.
-Connie powinnaś jechać się przespać.-Powiedział Jasper, który właśnie do nas podszedł.
-Już jej to mówiłem, ale jest uparta.
-Pomyśl o Austinie.
-Jasper. To moja ciocia! Dopiero co straciłam mamę!! Nie rozumiesz tego?!
-Rozumiem..Cii-Pocałował mnie w czoło.-Ale martwię się..
-Wiem. Przepraszam.
-To może zostaniesz tu z chłopakami a ja wezmę Austina do siebie?-Zapytał Jas.
-Ty nie potrafisz zajmować się dziećmi. Niall pojechałbyś z nim?
-Jasne. A z kim zostaniesz?
-Ze mną. -wtrącił się Harry.
-Dobra to my się zbieramy. Pa mała. Nie siedź tu za długo tylko wracaj do domu.-Pożegnał się Jasper.-I pamiętaj, że masz mnie. Niczym nie musisz się martwić.
-Wiem.-pociągnęłam nosem.
Niall wstał trzymając Austina na rękach.
-Czekajcie! Macie klucze.
-Mamy jechać do ciebie?
Kiwnęłam na tak i usiadłam na krzesło chowając twarz w dłoniach.
Ktoś pogłaskał mnie po włosach a potem delikatnie objął.
Uniosłam głowę i oparłam się o zimną ścianę.
-Jak się trzymasz?- Zapytał cicho Harry.
-A jak mam się czuć? Na początku zmarła mi najlepsza przyjaciółka w pożarze. Potem tata w wypadku samochodowym. A teraz? Teraz mama..-Głos mi się załamał.-Czy to jest jakieś fatum?! Co ja takiego zrobiłam?
-Na pewno nic. -Harry mocno mnie przytulił.-Jeszcze wszystko się ułoży. Zobaczysz.
-Nie prawda. Wszystko się wali...
-Pani Julia się obudziła.- Usłyszałam głos doktora.
..............................................

Chyba nie nadaje się do pisania opowiadań.
A już szczególnie nie takich scen.
Sama czytając ten rozdział by w razie co poprawić błędy prawie umarłam z nudów -,-
Beznadziejaaa.